logo
Telefon: 791 173 103
email: akademia.sztuk.walki@gmail.com
  • 8
  • baner-www-ASW
  • boks_slajder2
  • 4
  • karate_slajder
  • slider_mt

Ludwik Denderys: Medalista Mistrzostw Europy i olimpijczyk


Własnego ojca widział raz w życiu. Gdy jako 27-latek pojechał do Londynu bić się w meczu Wielka Brytania - Polska. Rok później po raz pierwszy w życiu ujrzał młodziutkiego Teofila Stevensona, przyszłą legendę boksu. Na swoje nieszczęście zobaczył go między linami. W przeciwnym narożniku. Dziś 68-letni Ludwik Denderys, dwukrotny brązowy medalista ME, to wciąż czynny trener pięściarstwa.

ludwik

 

Urodził się w 1944 roku w województwie tarnopolskim, na wschodnich kresach. Po wojnie mamę przewieziono na Dolny Śląsk i wysadzono w Strzelinie. Z synkiem, rzecz jasna. Tuż obok, w Białym Kościele, została dyrektorką szkoły podstawowej. A ojciec?

- Odkąd ruszył na wojnę, nie było go z nami. Po latach odszukali się listownie z matką przez Czerwony Krzyż. Ale po raz pierwszy w życiu ujrzałem go dopiero w 1971 roku w Londynie na meczu Wielka Brytania - Polska.

On się wcześniej widywał na obczyźnie z innymi polskimi zawodnikami, wszystkich znał, lecz mnie wtedy nie puszczali. Dopiero w Londynie się spotkaliśmy. Wiadomo - przeżycie, ale i duży stres, bo fotografia to co innego. Mieszkałem wtedy w pokoju ze Staszkiem Draganem i on mojego ojca już kilka razy za granicą widział. Raz tata wybrał się np. na ME do Rzymu, myślał, że ja tam będę, ale wtedy wysłali mnie gdzieś indziej. W końcu się spotkaliśmy, a po kilku dniach po raz drugi w Bristolu, gdzie on mieszkał, a my mieliśmy akurat następny mecz. Wtedy pojawiłem się u niego w domu, gdzie żył ze swoją partnerką. Było to przeżycie jednorazowe, bo już się więcej nie zobaczyliśmy. A generalnie ojciec jeździł po świecie, prowadził interesy, nie wgłębiałem się w temat - wyjaśnia olimpijczyk z Monachium.

Szkołę podstawową odwiedzał Denderys w Białym Kościele, kolejną w Strzelinie, aż trafił do Wrocławia. Szkółek bokserskich było wówczas od groma. - I porządne były, a w nich porządni trenerzy. Ja po raz pierwszy powąchałem boks u Janusza Kasperczaka, pierwszego powojennego mistrza Europy. On właśnie zaszczepił we mnie technikę, pilnował sprawności, coś we mnie dostrzegł - oddaje zasługi Denderys. Dodać należy, że ów Kasperczak (Gwardia Wrocław) chodził w muszej, a złoto ME przywiózł z Oslo w 1949 roku. Sukces ten przekuł zresztą na drugie miejsce w plebiscycie Przeglądu Sportowego. Zmarł w 2002 roku we Wrocławiu.

- Gdy się Gwardia połączyła z Pafawagiem, przyszedł do niej trener Szczepan. Zobaczył mnie i powiedział, że z juniorami nie będę już trenował. Że od teraz z seniorami - zaznacza Denderys. - Kiedyś było lepiej, bo poziom napędzała liga, nawet 12-zespołowa. Miałeś niespełna 18 lat i musiałeś sobie co niedziela dawać radę. Z Władkiem Jędrzejewskim, z innymi. A walczyliśmy nie w sali przy obecnej Krupniczej (dawniej Nowotki), lecz w Hali Ludowej. W pełnej Hali Ludowej. I nigdy nikt nie był przekonany, że wygra, taka była konkurencja - precyzuje.

Gdy w 1962 roku został Denderys mistrzem Polski juniorów, Feliks Stamm zabrał go na zgrupowanie kadry do Cetniewa. - I tak się właśnie ci juniorzy podciągali. Treningi z Pietrzykowskim były dla mnie ogromnym przeżyciem. Zresztą jego właśnie uważam za największego naszego pięściarza. Przebić się wtedy w wadze ciężkiej czy półciężkiej było sztuką - wspomina nasz ciężki. Na pierwsze mistrzostwa Europy wybrał się w 1965 roku do Berlina. Dotarł do ćwierćfinału. Cztery lata później z Bukaresztu przywiózł już brąz. W 1971 roku z Madrytu również, gdzie triumfował Rosjanin Władymir Czernyszew. - I ten Czernyszew mówił mi wtedy, że zaraz czekają go mistrzostwa Związku Radzieckiego i liczy się z porażką. Bo w "sajuzie" też mieli wtedy większą konkurencję jak na ME - dodaje.

W Madrycie dzielił Denderys pokój z 21-letnim Ryszardem Tomczykiem, który sięgnął wówczas po złoto w wadze piórkowej. - Stamm to miał wyczucie. Tak pokierował psychiką młodego chłopaka, że ten wygrał. A przecież w pierwszej walce Tomczyk trafił na mistrza olimpijskiego ze Związku Radzieckiego. Powiedział jednak - co z tego, że mistrz, i tak go napierdzielę. I tak zrobił. Byłem wtedy pod ringiem, widziałem rozpacz w oczach Ruskiego. On zadawał dwa ciosy, a otrzymywał cztery - zapewnia po latach kolega z ciężkiej.

Z igrzysk w Monachium medalu nie przywiózł już ani Tomczyk, ani Denderys, który miał jednak honor zebrać razy od rodzącej się właśnie legendy. Od wielkiego Teofilo Stevensona, który w pierwszej walce pobił Polaka, a następnie wszystkich, którzy stanęli na jego drodze. Miał wówczas Kubańczyk 20 lat, a olimpijski tytuł obronił w Montrealu (1976) oraz Moskwie (1980), gdzie w ćwierćfinale pokonał przed czasem Grzegorza Skrzecza. Wcześniej czegoś takiego dokonał tylko Laszlo Pap (1948, 1952, 1956), a później jeszcze Felix Savon (1992, 1996, 2000). Trzy złota padły też łupem Stevensona na mistrzostwach świata (1974, 1978, 1986), ostatnie w superciężkiej. Na zawodowstwo nigdy nie przeszedł, zmarł w czerwcu 2012 roku. W Hawanie. To silne serce złamał zawał. W Monachium Stevensona znał jednak mało kto, nie było jeszcze przecież... facebooka i youtube’a. Tak, niewielu go widziało, za to wielu o nim słyszało. Z ust do ust zaczęły się już przenosić wieści o niezwykle utalentowanym chłopaku z Kuby.

- To miały być piękne igrzyska, a wszyscy pamiętamy perypetie z porwaniami. Kubańczycy mieli wtedy uzdolnioną generację młodych bokserów, ale bank informacji w tamtych czasach jeszcze nie istniał. Wszystko było raczej zasłyszane. No i słyszało się, że Kubańczycy mają jakiś talent w wadze ciężkiej, który zdążył wygrać Igrzyska Panamerykańskie. Los mnie go przydzielił. Byłem już rutynowanym zawodnikiem, dobrze wyszkolonym, ale on przewyższał wszystkich o klasę. Od razu złamał mi nos. Od tego samego ciosu miałem też rozwalony łuk brwiowy. Sędziował nam Bułgar, którego znałem, bo często przyjeżdżał do Polski. Dwa razy mnie liczył, w końcu powiedział: "Ludwik, to bez sensu, wystarczy, on będzie mistrzem." A człowiek się zastanawiał po tych wstrząsach, jak facet może tak mocno bić - do dziś wspomina Denderys to kowadło w ręce.

Nasz pięściarz zachował też w pamięci obrazki z następnej walki Stevensona w tym olimpijskim turnieju. - Pobił w niej Amerykanina polskiego pochodzenia, który zaraz po igrzyskach miał przechodzić na zawodowstwo. I proszę sobie wyobrazić, że cztery czy pięć razy padał przed Kubańczykiem. To były straszliwe ciosy. Ten menedżer, który miał już z Amerykaninem podpisany kontrakt, podarł go przy wszystkich. A zeszłoroczna śmierć Stevensona? W późniejszych swoich latach zaczął prezesować, a po tak aktywnej karierze trzeba jednak utrzymywać się w ruchu. Co tu dużo gadać - w wadze ciężkiej bił się ponad 20 lat. A to stres, bo gdy odnosisz sukcesy, boisz się przegrać. Przeżycia są ogromne - konstatuje wrocławianin.
W kraju często się przepychał Denderys z dwa lata starszym Lucjanem Trelą ze Stali Stalowa Wola. Ten też nie miał olimpijskiego szczęścia. Gdy wybrał się do Meksyku (1968), z miejsca trafił na młodziutkiego George’a Foremana, który w drodze po złoto pobił wszystkich. Choć jedynie Treli nie zdeptał przed czasem. Bywało, że musiał też Dolnoślązak walczyć z kontuzjami. - Taki miałem układ kostny, że nie zawsze te kości wytrzymywały. Jeden z medali ME zdobyłem zresztą ze złamanym kciukiem. Poszedł chyba w 2. rundzie, wracam do narożnika, lecz Stamm mówi: "ja cię teraz nie poddam, musisz walczyć. Dla siebie." I wygrałem tę walkę, zapewniając sobie półfinał, czyli brąz. Kłopoty wzięły się również stąd, że będąc dzieckiem wpadłem na rowerze pod samochód i złamałem prawy nadgarstek. Skręcali mi tę rękę w czasie kariery śrubą, lecz spory bałagan ona później zrobiła. W końcu zoperował mnie dr Bieniek w szpitalu im. Rydygiera i do końca kariery miałem już spokój - tłumaczy były champion.

Kariera dobiegła końca w 1974 roku, zaczęła się trenerka po kursie instruktorskim na wrocławskiej AWF. I podręcznikowe kolejne awanse. Najpierw praca z juniorami, później na stołku drugiego trenera Gwardii, w końcu na fotelu pierwszego. Ładne owoce wydała też współpraca z pochodzącym ze Strzelina Przemysławem Saletą. - Z jego tatą się dobrze znaliśmy. Ja prowadziłem szkółkę na ul. Wojciecha z Brudzewa i na ul. Witelona, a Przemek do mnie przyjeżdżał. Gdy zaczął studia w Warszawie i tam się przeniósł, poproszono mnie, bym pomógł Andrzejowi Palaczowi w kick-boxingu. A co sądzę o planowanej walce z Gołotą? To już o wiele za późno - nie ukrywa szkoleniowiec. Współpracował też m.in. z Wojciechem Bartnikiem, Iwoną Guzowską, zjeździł pół świata z Agnieszką Rylik, także z Mariuszem Cieślińskim, z którym sięgali po tytuły MŚ. - To talent. Sprawny i rozkopany, ale zawsze pilnował technik ręcznych. Słusznie - zauważa coach. Mieszka na wrocławskim Kozanowie z żoną Wiesławą (uczyła wf-u w VI LO, właśnie przeszła na emeryturę). Ma dwie córki: Magdalenę (36 lat, zajmuje się grafiką komputerową) oraz Natalię (37, prowadzi stadninę koni za Leśnicą). Staw biodrowy wymieniony, można zatem nadal przekazywać wiedzę. A czyni to Denderys w Akademii Sztuk Walki przy ul. Powstańców Śl., gdzie prowadzi swoją szkółkę. Ma do tego oko. I łapę też.

Ludwik Denderys

Ur. się 26 kwietnia 1944 r. w Młyńsku k. Trembowli. Uczestnik igrzysk w Monachium (1972, kat. ciężka), gdzie w pierwszej kolejce przegrał wskutek przewagi (1. runda) z późniejszym mistrzem olimpijskim, 3-krotnym zresztą, Teofilo Stevensonem (Kuba). Brązowy medalista ME z Bukaresztu (1969) oraz Madrytu (1971), ćwierćfinalista ME z Berlina (1965). Mistrz (1969) i 2-krotny wicemistrz kraju (1968, 1970). Stoczył 243 walki, z czego 186 wygrał, 11 zremisował i 46 przegrał. W 1966 roku sięgnął po drużynowe mistrzostwo Polski z Gwardią Wrocław, której barw bronił w latach 1959-75. Do dziś ceniony szkoleniowiec.